Ani czarne, ani białe
Pytanie: Co to jest: trup, który nie jest trupem, ale jest trupem permanentnym? Odpowiedź: zjednoczenie Niemiec.
Śmiech na sali.
A oto inny quiz:
Ilu przesiedleńców było w 1946 roku w Niemczech zachodnich?
6 milionów.
A w roku 1972?
12 milionów.
Ilu ich będzie za trzy generacje?
Przesiedleńcami będą wszyscy obywatele Republiki Federalnej.
Też śmiech, ale na innej sali. I tu, i tam zresztą wątły, na jaki stać kilkunastoosobową zaledwie publiczność. Jest rok 1973. Odwiedzam dzień po dniu dwa znane kabarety' polityczne we Frankfurcie nad Menem: „Resistenz Theater" i „Die Schmiere". W „Teatrze Oporu" na 80 miejsc — zajętych około 20, w „Szmirze" — na 60 stołkach siedzi 16 widzów. A to przecież wieczory piątkowy i sobotni...
Republika Federalna „znormalniała" w ostatnich latach. Choćby ten uwiąd kabaretu politycznego. Jeszcze w latach sześćdziesiątych kabarety cieszyły się wzięciem i miały wdzięczne — jedyne w swoim rodzaju przy specyficznych warunkach politycznych w RFN — zadanie: walkę z nonsensem i wstecznictwem. Czy widział ktoś np. we Francji lub Anglii kabaret, w którym dwie lub trzy osoby — w monologu, dialogu lub skeczu — przez półtorej godziny, nawet dowcipnie, nawet zjadliwie, ale wyłącznie zajmują się polityką? Ja nie. Owszem, kabaret rozrywkowy, w który wpleciona jest satyra polityczna czy obyczajowa, krytyka stosunków społecznych — to rzecz normalna. Ale to, co obejrzałem we Frankfurcie miało rację bytu tylko za rządów chadecji, gdy absurd rządził polityką bońską, a granica na Odrze i Nysie, istnienie NRD, stosunki ze światem socjalistycznym to były w
RFN tematy tabu. Brandt usunął kabaretowi politycznemu grunt spod nóg. Zrealizował sporo z tego, o co walczyły „teatry oporu". Pozostała jednak, ciągniona już za uszy, tradycja takiego właśnie kabaretu. W Stuttgarcie obejrzałem próbę oderwania się od bońskiej łączki w kabarecie, który przerzucił się na politykę międzynarodową. To już zwyczajna tanio-cha: świat po prostu zwariował tak na Wschodzie, jak na Zachodzie, ziemia jest planetą małp, a homo sapiens — poronionym płodem. Czysty nihilizm, przyprawiony seksem; przedstawienie ściągnęło na widownię zaledwie 21 osób.
Przebywałem ostatnio w RFN na zaproszenie rządowej organizacji Internationes i — pozostawiony na własną prośbę samemu sobie — odniosłem wrażenie, że nie tylko polityka tam znormalniała (o tym można się przekonać równie dobrze na odległość), ale także społeczeństwo. I nie tylko w porównaniu, które jest łatwizną: czasy hitleryzmu — dzień dzisiejszy, lecz również w porównaniu z tym, co Niemcy przez wieki całe reprezentowały sobą w oczach świata.
Krzykacze rzucają się w oczy
Jakie właściwie są i co myślą te młode pokolenia? Dziennikarz odbywający krótkotrwałą tzw. podróż informacyjną może pokusić się tylko o fragmentaryczną odpowiedź na to pytanie. Prawdopodobnie także zniekształconą, gdyż miewa do czynienia przede wszystkim z tymi, którzy są naj-krzykliwsi, najbardziej rzucają się w oczy, a tacy rzadko kiedy bywają typowi. Zacznijmy jednak od nich. Manifestacja pierwszomajowa w Monachium. Na placu Królewskim kilkadziesiąt tysięcy ludzi, wielu socjaldemokra- tów, ale głównie młodzież. Na trasie sporo policji, dyskretnej, choć czujnej, gdyż zapowiadano, że może dojść do rozruchów, spowodowanych przez lewicowych ekstremistów. Ci są rzeczywiście najaktywniejsi na placu i w pochodzie. Rozdają gazetki — drukowane, powielane — broszury, niosą transparenty. Tym bardziej rzucają się w oczy, że nie stoją ani nie maszerują kupą. Przeciwnie — choć każda grupka ma obowiązkowo w nazwie określenie „komunistyczna", to jednak oddzielnie trzymają się ci z „Nowej KPD", ze „Spar-tacusa", „bolszewicy/leniniści" z „Komunistycznego Związku Robotniczego Niemiec"... Popularnie nazywa się wszystkich chaotami. Ubrani są w malownicze łachy, częstokroć droższe od wytwornych garniturów. Gdy rozejdą się po pochodzie, wielu z nich wsiądzie do sportowych, drogich samochodów. Niektórzy, ci z czołówki, noszą znane w świecie biznesu nazwiska; są to synowie fabrykantów, przemysłowców. Ugrupowań chaotów — stwierdza raport rządu bońskie-go — działa w RFN około 360. Monachijski tygodnik „Quick" szacuje liczbę ich członków na ponad 100 tysięcy. Podchodzę do grupki, która wysoko dzierży transparent z napisem „Precz z wizytą Breżniewa". Dlaczego? — pytam. Wizyta jest wymierzona przeciwko Chinom, sprzyja umocnieniu się Rosji i jej sojuszników, a zacieśnienie współpracy gospodarczej RFN z ZSRR umacnia kapitalizm — odpowiadają uprzejmie. A pokój, bezpieczeństwo Europy? Najważniejsza jest rewolucja. Są przeciwko wszystkiemu i wszystkim. Każda władza jest zła. Zachodnioniemiecki politolog, profesor Richard Lo-wenthal, analizując na łamach „Die Zeit" motywacje nihilistycz-nej „nowej lewicy", pisał, że najpotężniejszym z zespołu czynników „jest prawdopodobnie rewolta kulturalna sporej części młodej generacji wymierzona przeciw samemu społeczeństwu dobrobytu. Jest to rebelia wymierzona w kult marginalnych przyjemności wynikających z konsumpcji materialnej, w istotę konkurencyjnej wydajności i w pustkę spędzania czasu wolnego, która wynika najwyraźniej z braku wspólnych celów społecznych. Rebelianci tłumaczą pust- kę duchową, na którą cierpią, dominacją dążenia do zysków i konkurencją rynkową. Dochodzą następnie do deprecjonowania wydajności produkcyjnej nowoczesnych społeczeństw i poszukują jako alternatywy socjalistycznego społeczeństwa, w którym istnieje gotowość do ofiar. Prowadzi to do totalnego odrzucenia wszelkich autorytetów, które identyfikują się z dominującymi wartościami, i kierowania rewolty nie tylko przeciw własności kapitalistycznej, lecz przeciw wszystkim formom ugruntowanego autorytetu i panowania". Sprzeciw nie jest programem, a programu nie mają. W Monachium, gdy skończył się pochód, na placu przed ratuszem pozostali jeszcze chaoci, prowadząc agitacyjne rozmowy z grupkami interesujących się nimi Bawarczyków. Rozczulająco naiwne były dwie dziewczyny, usiłujące wyjaśnić, że zbędne jest każde państwo, a kapitalistyczne w szczególności, i gdy nie mogły już sobie dać rady z jakimś zagorzałym polemistą, powiedziały, że przyprowadzą kolegę, który zna się na tym lepiej niż one. Przyprowadziły. Zapytano go, czy widzi jakiś wzorzec wolności we współczesnym świecie. — Tak, w Chinach — odpowiedział. Tłumek się roześmiał i zaczął rzednąć. Chaoci chcieli przynajmniej dyskutować. Ale poznałem też młodzież, której — choć była zaangażowana politycznie — wcale na dyskusjach nie zależało. Było to we Frankfurcie. Koło policyjnej Hauptwache (w 1848 roku pierwszy cel ataku rewolucjonistów) młodzi neofaszyści rozstawili kilka stołów z „literaturą" i rozdawali ulotki *. Rzecz ciekawa, głównym celem ataku politycznego NPD nie byli ani komuniści, ani socjaldemokraci, lecz... CDU. „Ona odpowiada za dzisiejszy stan rzeczy" — głosiła ulotka. Nic dziwnego. W czasie wyborów w 1969 roku NPD oddała swe głosy chadekom, by zagrodzić drogę koalicji socjal-liberalnej. Nie udało się, więc NPD obróciła się przeciwko CDU, aby odzyskać ludzi i teren. Przed Hauptwache więc zauważyłem faceta w średnim wieku biorącego ulotkę. Zatrzymał się i czyta. Podchodzi potem do jednego z młodych neofaszystów i mówi: — Znowu * NPD — neofaszystowska Narodowa Partia Niemiec, uległa rozpadowi w połowie lat siedemdziesiątych. zaczynacie? Nie dość wam było? Tacy jak wy odpowiadają za wszystkie nasze nieszczęścia. — Zmywaj się, bo oberwiesz — pada odpowiedź. Pytam więc młodzieńca: — Dlaczego nie porozmawiał pan z nim? Może udałoby się go przekonać? — Nam na takich nie zależy. Nie szukamy poparcia u wrogów. Z wrogami się nie dyskutuje. I wręczył mi inną ulotkę, zapraszając na zebranie pod hasłem: „Z NPD przeciwko marksistowskiej walce klas, przeciwko kapitalistycznemu wyzyskowi, przeciwko liberali-stycznej bezwzględności"; zebranie otworzy wspólne odśpiewanie pieśni Nasze życie winniśmy tylko wolności, a zakończą tańce ludowe młodzieży — wikingów. Czy to groźne? Teraz chyba nie. Ale zwrócono mi uwagę na ankietę przeprowadzoną wśród młodzieży zachodnio-niemieckiej w wieku 15—19 lat, z której wynika, że tendencje faszyzujące wśród nastolatków są odwrotnie proporcjonalne do poziomu wykształcenia. I tak np. 42 procent tej młodzieży wyraziło pogląd, iż robotnicy zachodnioniemieccy powinni pracować dłużej, żeby w ten sposób pozbyć się robotników cudzoziemskich, 51 procent chciało mieć silną Bundeswehra, a 61 procent dostrzegało dobre strony w narodowym socjalizmie. Wygląda na to, że spośród tych nie douczonych rekrutował się barczysty osiłek, rozdający ulotki we Frankfurcie. Nie tylko z polityką młodzież wychodzi na ulicę. Wiotki chłopczyna — myślałem początkowo, że to dziewczyna, a był to jeden z wielu kolporterów — dał mi ulotkę: Hans ist Schwull, co znaczy: Hans jest pedałem. Zaczyna się rzewnie, jak to Hans mając 17 lat spostrzega, że woli chłopców, jak rodzice (których kocha) przyłapują go na czułościach z kolegą i wyrzucają z domu. I dopiero teraz Hans zacznie być wyzyskiwany. Czynsze dla „nienormalnych" są bowiem nienormalnie wysokie, 60 procent homoseksualistów zmuszonych jest mieszkać samotnie; zmusza się ich do uprawiania miłości w pisuarach, parkach. Chcą wyjść z tego getta. Stąd wezwanie do jedności działania: „Pederaści razem są silni". Czy warto o tym pisać, przecież to margines. Jeśli jednak mówi się i pisze o chaotach (100 tysięcy), neofaszystach (15 tysięcy), to trzeba sobie zdać sprawę, że liczbę homoseksualistów szacuje się w RFN na ponad pół miliona. Oczywiście żadna z tych „grup" nie może być miernikiem postaw młodzieży zachodnioniemieckiej, ale — jak się rzekło — sę one najhałaśliwsze, a przy tym w pewnym sensie symptomatyczne, bo „normalne"; ulotki chaotów równie dobrze jak w RFN, mogłem dostać w USA czy we Francji, faszystów mogłem spotkać we Włoszech lub Belgii, pe-derastów — w Anglii czy Holandii...
Pokolenie zaangażowanych
Mniej krzykliwą młodzież spotkałem gdzie indziej. Obejrzałem w Monachium film Hitler — ostatnich 10 dni, a nazajutrz znalazłem w gazecie informację, że stowarzyszenia byłych więźniów obozów hitlerowskich organizują dla zainteresowanej młodzieży dyskusję na temat tego filmu w jakiejś knajpie. Poszedłem. Typowa, utrzymana w brązowym kolorze, monachijska piwiarnia, w jednej sali tańce, w drugiej — młodzież zasłuchana w jazzowe rytmy, w trzeciej — długi stół pośrodku, przy którym siedzą organizatorzy, pod ścianami stoliki, za którymi około pięćdziesięciu młodych, na stolikach piwo lub cola. Zagajający dyskusję stwierdza, że w tym kraju od lat ważne jest nauczanie historii. Niestety, historia nauczana kończyła się bądź na roku 1933, a już na pewno na 1939. U niektórych dorosłych zapewne istniała i istnieje nostalgia za „dawnymi, wielkimi czasami"; u młodzieży mamy do czynienia z białą plamą. Czy więc w tym kontekście film jest dobry, czy zły? Głos zabierają młodzi: 10 dni to skandal polityczny, fałszowanie historii. Film jest niby-obiektywny, ale poza tymi 10 dniami nie istnieje nic; takie manipulowanie historią jest wygodne dla prawicy. Funkcjonuje u nas coś w rodzaju cenzury dla filmów dostępnych dla młodzieży. Dlaczego nie zakazano 10 dni? Pokazuje się młodym, że Hitler był psychopatą, a historycznie biorąc, to kłamstwo; równie dobrze można było zrobić film o Hitlerze i autostradach. Film wyizolowuje 10 dni z tła społeczno-politycznego i ekonomicznego Niemiec, hitleryzmu. Jest przez to zakłamany. Zupełny brak interpretacji narodowego socjalizmu, faszyzmu. Zza stolika podnosi się jakiś pan w średnim wieku, otoczony wianuszkiem młodzieży młodszej, nastoletniej, i mówi: — Jestem nauczycielem szkoły pod Kolonią i przyjechałem ze swoją klasą maturalną na wycieczkę do Monachium. Przeczytałem informację o dyskusji i oto jesteśmy. Film — abstrahując na chwilę od słusznych zarzutów — zawiera coś konstruktywnego; pokazuje, że kończy się jakaś straszna epoka historii Niemiec, epoka, która nigdy nie była wielka. I to wynika z filmu. Nasuwa też film pytanie: gdzie tkwił błąd społeczeństwa, które mogło do tego dopuścić? Zgadzam się, że dla młodych ten film może być zły, bo młodzież nasza jest źle kształcona i dlatego nie rozumie, w czym rzecz. Z sali rozlegają się okrzyki: — Niech pańscy uczniowie powiedzą, czy film jest dobry, czy zły! Wstaje jeden z maturzystów: — Poprzedni dyskutanci mieli chyba wiele racji, ale ja w czasie filmu zadawałem sobie tylko jedno pytanie: jeśli on był wariatem, to jak i dlaczego nasi rodzice pozwalali mu sobą rządzić? Dyskusja przeciągnęła się do późnej nocy. Usiedliśmy potem z kilkoma młodymi dziennikarzami z radia monachijskiego i zastanawialiśmy się, czy film jest rzeczywiście tak bardzo szkodliwy. Jest zły, politycznie zakłamany, ale są tacy, których zawstydzi (komu daliśmy się uwieść?), wielu będzie takich, którzy nie zrozumieją (tym specjalnie „nie zaszkodzi"), a dla wielu będzie miał wartość morał no-politycz-nego wyzwania. Jak dla tej młodzieży w piwiarni czy podko-lońskiej szkole. Oczywiście, filmu nie należy odrywać od Hit-lerwelle, fali literatury o Hitlerze; w tym zestawieniu jest to zjawisko już niebezpieczne... Panoramę młodzieży upolitycznionej, świadomej, można rozszerzyć: • O młodzież autentycznie komunistyczną (DKP), rekrutującą się z rzeczywistych robotników, studentów, licealistów, świadomych celów swej walki. DKP ma w roku 1973 ponad 36 tysięcy członków, w tym bardzo dużą liczbę mło- dzieży (kilkadziesiąt grup na uniwersytetach). Współpracują z nią pokrewne (jest to sformułowanie raportu rządowego) organizacje młodzieżowe, jak Socjalistyczna Niemiecka Młodzież Robotnicza czy Marksistowski Związek Studentów „Spartacus"... • O młodzież socjaldemokratyczną, zdecydowanie bardziej lewicową niż władze SPD, domagającą się reform społecznych i obyczajowych; jest jej około 250 tysięcy. W pierwszomajowym pochodzie monachijskim górowały dwa hasła: żądajcie zniesienia ustawy o zakazie przerywania ciąży oraz przeciwko spekulacji budowlanej. Dygresja: Ta ostatnia sprawa w ogóle mobilizuje młodzież pracującą i studencką RFN, bez względu na zabarwienie. Gdy we Frankfurcie siłą zajmowano domy przeznaczone do rozbiórki — doszło do krwawych starć z policją — chaoci, socjaldemokraci, pederaści i nie zrzeszeni stali po jednej stronie barykady. A rzecz w tym, że w RFN istnieje ustawa zakazująca rozbiórki domów nadających się do zamieszkania; wiele ich stoi na najdroższych gruntach, w sercu różnych miast. Spekulanci korzystają więc z innej ustawy, zezwalającej robotnikom cudzoziemskim na sprowadzanie rodzin pod warunkiem posiadania samodzielnego mieszkania. Wynajmują im takie mieszkania w domach, które chcieliby rozebrać, ci sprowadzają wielodzietne rodziny, a po roku czy dwóch budynki są dostatecznie zdewastowane, by uzyskać zezwolenie na rozbiórkę. Po dalszym roku, na tym miejscu stoi nowoczesny wieżowiec, w którym nie obowiązują normowane czynsze. Są to zresztą głównie biurowce, gdyż mieszkania byłyby w nich i tak za drogie. Pokazywano mi w monachijskiej wiosce olimpijskiej zupełnie puste gmachy — 9000 wolnych mieszkań — gdyż dla bogatych są za małe, dla średnio i niżej uposażonych — za drogie. • W tej panoramie wreszcie mieszczą się młodzi liberałowie czy nawet chadecy, którzy patrzą na Republikę Federalną anno Domini 1973 z diametralnie innych pozycji niż młodzież lewicowa, ale już nie z pozycji wielkomocarstwowych czy „narodu panów". Chadecy są programowymi anty- . komunistami, a jednak pojechali do NRD na dyskusje w ra mach międzynarodowego festiwalu młodzieży... Nie idealizujmy. Ta młodzież upolityczniona, działająca, w coś zaangażowana, to mniejszość. Najwięcej jest takich, którzy myślą kategoriami zarobków, karier, życia i użycia. Żyją i wychowywani są przecież w społeczeństwie, które podniosło konsumpcję do rangi fetysza. Ale sądzę, że i ta przytłaczająca większość młodzieży nie żywi już „ideałów", które historycznie zwykliśmy określać jako germańskie. Tym bardziej że chadecji nie powiódł się jej zasadniczy cel, jaki postawiła sobie w latach pięćdziesiątych. Pisałem wyżej o tym, jak chciano oduczyć społeczeństwo ksenofobii tylko w odniesieniu do określonych narodów; jest to operacja — szczególnie w stosunku do młodych generacji — na dalszą metę niemożliwa do przeprowadzenia. Bywa, że udaje się na krótko, w specyficznych warunkach, jak np. w czasach zimnej wojny, a więc częściowej izolacji. Gdy jednak zmieniły się stosunki na osi Wschód—Zachód — w RFN istniał już wśród młodych pokoleń grunt psychiczny dla sympatii do innych — także Rosjan, Polaków. Tym bardziej że wbrew chadeckim wysiłkom wzięło w łeb rewizjonistyczne wychowanie: dla bardzo wielu młodych Wrocław to nic innego jak Wrocław, a jeśli nawet mówią Breslau, to tłumaczą, że nie nadają temu wydźwięku politycznego, lecz nazywają po prostu to miasto po niemiecku jak Moskwę — Moskau, Wenecję — Venedig.
Status za wszelką cenę
A więc normalne społeczeństwo? Ani czarne, ani białe? Owszem, lecz z wyraźniej niż gdzie indziej zaznaczonym podziałem generacyjnym. Odbyłem interesującą rozmowę z wybitnym działaczem FDP w landzie, w którym rządzi koalicja socjal-liberalna. Zapytałem go, czy ma kłopoty ze stawianiem tamy reformatorskim, radykalnym naciskom socjaldemokracji. Uśmiechnął się i odpowiedział, że daje sobie radę: doły w tej partii są radykalne, ale władzę w niej sprawują ludzie, z którymi FDP znajduje wspólny język. I właśnie ze względu na starsze generacje istnieją pewne anomalie czy cechy specyficzne życia politycznego i społecznego w Niemczech Zachodnich. Jeden z seniorów Bundestagu perswadował mi — i nie bez racji — jak dalece sztuczny, nie odpowiadający rzeczywistości jest podział partyjno-polityczny w RFN, istniejący od połowy lat czterdziestych i w zasadzie narzucony warunkami okupacyjnymi. Jego zdaniem, autentyczne nastroje polityczne społeczeństwa zachodnioniemieckiego wyrażałby podział następujący (od prawicy): 1. prawica (konserwatywna, a nie faszyzująca) — składająca się w dużej mierze z chadeków i pewnej liczby Wolnych Demokratów; 2. centrum, które skupiałoby postępowych katolików (zmuszonych do wspierania chadecji) i nieco Wolnych Demokratów; 3. liberałowie, którzy prawdopodobnie przechwyciliby nielicznych, ale jednak członków SPD; 4. socjaldemokraci oraz 5. komuniści. Rządziłaby zapewne w warunkach takiego rozbicia koalicja złożona z socjaldemokracji jako głównej siły oraz centrum i liberałów. — Ale cóż — twierdził mój rozmówca — w takim „naturalnym" zróżnicowaniu nie jest zainteresowana ani chadecja, która wydatnie by się osłabiła, ani socjaldemokraci, którym rozgrywki oraz obawy o los i skład koalicji utrudniałyby rządzenie. Jednakże — wyraziłem pogląd — prawica konserwatywna istnieje u was: bawarska CSU. Istnieje nawet możliwość, że zechce się oderwać i stworzyć ogólnokrajową alternatywę dla CDU. Niech pan nie będzie naiwny — usłyszałem w odpowiedzi — dla kogo byłaby CSU koalitionsfaehig? Kto chciałby wchodzić z nią w sojusze? Ci ludzie staliby się w RFN wieczną i raczej izolowaną opozycją. A chcą przecież przynajmniej współrządzić... Nieco odmienne też niż w innych krajach Zachodu obowiązują w RFN reguły hierarchii społecznej. Jadę autostradą koło Dusseldorfu. Coraz to napotykam samochody, raczej małe — volkswageny, fiaty, ople — z owalną nalepką na tylnej szybie (jak nasze PL) z przekreśloną liczbą 100. — Co to jest? — pytam mego przewodnika. — Samochody jeżdżące zimą na kolcowatych oponach nie mają prawa przekraczania 100 kilometrów na godzinę i kierowcy to właśnie sygnalizują innym użytkownikom dróg. Gdy kończy się zima, właściciele zmieniają opony na zwykłe. — Dziękuję, rozumiem. — Nie, nie rozumie pan. Większość właścicieli tych samochodów nie zmienia opon na zimę. Ale chcą pokazać innym, że ich na to stać. Tak, w RFN jest to styl życia: ja mam, mnie na to stać. Status. Pozycja, którą markuje stan posiadania, szczególnie ten najbardziej widoczny, samochód. Im większy, droższy, tym lepiej. Tylko w RFN agenci reklamowi citroena ogłaszają, że ten wóz jest na pewno dobry, bo jest droższy niż inne. Tylko w tym kraju uśmiechają się z politowaniem na widok kogoś, kto chce kupić coś tanio; tu nie używa się tego słowa, tu mówi się Preiswert — czyli towar wart jest swojej ceny. „Tani" — to deprecjonuje i przedmiot, i właściciela. Jedynie w Stanach Zjednoczonych stykałem się z podobną mentalnością, ale tam ma ona swoje historyczne uzasadnienie: kraj imigrantów, zaczynających od niczego, jedyne kryterium awansu społecznego — posiadanie, jedyną miarą sukcesu dolar. Ale w Anglii czy we Francji ktoś, kto jeździ małym i tanim samochodem, nie ma z tego tytułu kompleksów, jak ma na duży samochód, kupuje duży, jeśli go stać na dwa w rodzinie — kupuje dwa, lecz nie jest to problem społeczno-towarzyskiego „być albo nie być", jak w Niemczech Zachodnich. A może uzasadnieniem, odnoszącym się zresztą też głównie do starszych pokoień, jest reakcja na pierwsze lata powojenne: głód, nędzę, okupację, poczucie niższości w stosunku do zwycięzców. Teraz odbiła im szajba — mamy, i to mamy większe, droższe, lepsze. Dotyczy to nie tylko samochodów, ale mieszkań i ich urządzenia, lodówek, pralek, sposobów spędzania urlopów, weekendów... Społeczeństwa konsumpcyjne wysoko uprzemysłowionych krajów Zachodu są zachłanne, ale nigdzie nie ma takiej zachłanności jak w RFN. Jest to zachodnioniemiec-ka specyfika, dla mnie — anomalia. Ta potrzeba wykazania się statusem prowadzi do jeszcze jednego fenomenu: do tytułomanii. Herr Doktor to minimum. W tym względzie podały sobie ręce tradycja i dzień dzisiejszy. Pod koniec osiemnastego stulecia pani de Stael pisała w swojej De L'Allemagne (O Niemczech), że w tym kraju „najskromniejszy tytuł — za to często najdłuższy do wymówienia — jest powtarzany dwudziestokrotnie w ciągu jednego posiłku", a wydany w 1967 roku w Anglii informator dla biznesmenów podróżujących po RFN ostrzegał ich, że trzeba tam „pamiętać pełny tytuł człowieka, któremu jest się przedstawionym, i zwracać się do niego zawsze pełnym tytułem... Przy zawieraniu znajomości należy wręczyć własną wizytówkę oraz ściskać dłoń długo i energicznie". Jednak w tych sprawach także zaobserwowałem wyraźny podział generacyjny. Jeden z programów kabaretu „Szmira" nosi nawet tytuł: „Ale z pana prosiak, Ekscelencjo!" Sierpień 1973
W poszukiwaniu nowej tożsamości
Giordano Bruno, w drugiej połowie szesnastego wieku: „Przesiąknięte trunkami Niemcy są ojczyzną wulgarnych ambicji, pretensji, bezczelnej arogancji, brutalnej przemocy, małostkowej tyrani, służalczości na dole i ucisku na górze. Nietzsche o Niemcach: „Długie nogi i posłuszeństwo". Pani de Stael: „Powolni, bierni, potężni w pracy; zabierają się do roboty, jak inni do grzechu". Angielska podróżniczka w 1881 roku o Niemkach: „Jedzą za dużo i za często". Francuski dziennikarz w sześć lat później: „Duże stopy, długie ręce, wielkie uszy — oto trzy cechy, które charakteryzują każdą niemiecką kobietę". Amerykański tłumacz Goethego, Bayard Taylor w 1860 roku: „(Niemcy) będąc ludźmi żyjącymi w świecie idei abstrakcyjnych i nastawionymi na ten rodzaj teoretyzowania, który jest źródłem intelektualnego egotyzmu — pozbawieni są właściwego zrozumienia dla idei i opinii innych niż ich własne... Często słyszałem, jak zaprzeczali faktom dlatego, że kolidowały one z jakąś ich ulubioną teorią". Filolog hiszpański, dziennikarz i dyplomata, Don Salva-dor de Madariaga o języku niemieckim: „Na rękawiczkę Niemiec mówi Handschuh, czyli but na rękę; jest to raczej koncepcja niż żywe słowo, a przy tym koncepcja bez wdzięku, subtelności i dowcipu". Porównując język angielski z niemieckim pisze: „Angielski ma się do niemieckiego, jak sucha gąbka do nasiąkniętej". Goethe: „W naturze Niemców leży to, że działają ocię żale i wszystko, czego dotkną, zamienia się w ołów". De Gaulle w roku 1934: urodzeni artyści bez gustu, technicy, którzy ciągle są feudałami, ojcowie rodzin, którzy są wojownikami; restauracje jako świątynie, gotyckie pałace jako miejsca użyteczności publicznej; ciemiężcy, którzy chcą być kochani, separatyści, którzy są bezwzględnie po słuszni, rycerze w wieńcach laurowych, rzygający piwem..." Jules Michelet, historyk francuski w roku 1842: „We wszystkim prawie są rzemieślnikami. Nawet w sztuce wojennej wytworzyli szybko świetnych żołnierzy, prawdziwych rzemieślników wojny: metodycznych, zainteresowanych technicznymi aspektami wojny. Gdy jednak pojawi się coś nieprzewidzianego — jakiś Gustaw Adolf, Fryderyk czy Napoleon — rutyna zawodzi i nic już nie zostaje". Czy to wszystko — a jest to tylko skromny wybór opinii — nie wyjaśnia częściowo, w sferze psychologii, kariery Hitlera, hitleryzmu i klęski III Rzeszy? Można by nawet zaryzykować twierdzenie, że hitleryzm to była kulminacja tego, co najczarniejsze nagromadziło się przez wieki w niemieckiej mentalności. W NRD stworzono świadomie warunki polityczne i ideowe dla przezwyciężenia pewnych elementów tego dziedzictwa; w RFN tym się po prostu nie zajmowano. Ale i tam musiały wywrzeć głębokie piętno wydarzenia ostatniego trzydziestolecia, ważniejszego w skutki niż jakikolwiek inny okres historii: wojna, z jej milionami ofiar i ruinami, klęska, okupacja, procesy norymberskie i denazyfikacja, nędza, świadomość, że jest się przedmiotem, a nie podmiotem polityki, nowe granice, przesiedlenia, podział Niemiec, istnienie i ustrój NRD, oddziaływanie światowego systemu socjalistycznego, powstanie Wspólnego Rynku, świadomość militarnej drugorzędności, kryzys wartości politycz- nych wylansowanych przez chadecję, własna zamożność, kontakt ze światem zewnętrznym... Owszem, klęskę i nędzę znali Niemcy z okresu po pierwszej wojnie światowej, ale wówczas wydobywali się z niej zgodnie z cechami dziedzicznymi: arogancko, wojowniczo, w nienawiści do otaczającego świata, w ksenofobii. Okazało się, że ta metoda zawiodła na całej linii. Teraz wydostali się na powierzchnię wbrew swojej tradycji. W NRD, bo tak chcieli ludzie, w RFN przyczynił się do tego również paradoks. Adenauer stworzył z RFN państwo rewizjonistyczne, odwetowe, zremilitaryzowane. Ale choć w okresie zimnej wojny była koniunktura na taką RFN, to jednak tylko pod warunkiem jedności z sojusznikami. Chadecja musiała więc wyprowadzić swe społeczeństwo z tradycyjnej izolacji, oduczyć je ksenofobii, ale chciała, by dokonało się to tylko w odniesieniu do Amerykanów, Anglików, Francuzów i innych aliantów. Ta częściowa terapia przyniosła jednak skutki dalekosiężne. Z Ameryki, gdzie pucybut klepie klienta po kolanie i mówi do niego: „hej, człowieku!" — przeszczepiono do RFN zewnętrzne atrybuty demokracji. Z Anglii i Francji — młodzieżową — swobodę seksualną i obyczajową. Z różnych krajów Zachodu — kontestację, która jest przeciwstawieniem się władzy, establishmentowi. Z Ameryki i Anglii — prasę, dla której nie ma nic świętego. Francja, Włochy i Hiszpania stały się dla Niemców z RFN terenami masowej turystyki. Oczywiście, są to w większości przejawy demokracji i wolności typowe dla ustroju kapitalistycznego, nie tyle dotyczą bytu, co sposobu bycia, zachowań, ale dla psychiki społeczeństwa zachodnioniemieckiego i tak była to rewolucja. Zdyscyplinowani czy posłuszni? Nigdzie nie widziałem tylu pieszych przechodzących jezdnię przy czerwonym świetle. Programowo traktują sygnalizację jako ostrzeżenie, a nie zakaz; decyzję przejścia — oczywiście, gdy nie widać samochodów — zostawiają sobie. Policjanci nie reagują. A skoro mowa o policji, organizacji, w której posłuszeństwo jest warunkiem sprawności działania: w RFN przeprowadzono wśród policjantów ankietę socjologiczną na temat ich stosunku do służby, społeczeństwa itp. Jedno z pytań — kiedyś nie myślano nawet, żeby je zadawać — brzmiało: „Czy gdy policjant jest zdania, że jakiś przepis jest niezgodny z konstytucję — musi go egzekwować?" Odpowiedź: 34,7 procenta uważa, że tak; 65,3 procenta, że nie. Służalczość? Kwitnie przy braku własnego zdania, przy bezkrytycznym stosunku do władzy, zwierzchnictwa. Był to rys charakterologiczny, najtrudniejszy do przezwyciężenia, szczególnie u generacji wychowanych za czasów hitlerowskich. Okres okupacji i nędzy też sprzyjał raczej pokorze niż niezależności. Jednak powoli zaczęło się coś zmieniać, a w końcu nawet z dużym przyśpieszeniem: zmuszono bowiem obywateli RFN, by wypowiadali się na temat swego stosunku do spraw niemieckich, do świata. Wymagało to przemyśleń, które na szczęście nie dokonywały się w izolacji, lecz w warunkach nacisków — przede wszystkim moralnych — ze wszystkich stron świata. Ba, własne zdanie mają także policjanci. Zapytano ich, jakie grupy społeczne mają zbyt wielki wpływ polityczny w kraju. 75,8 procenta policjantów odpowiedziało, że przemysł, 52,3 procenta, że Kościół. 37,6 procenta uznało, że za duże wpływy mają związki zawodowe. Nie byliby też policjantami, gdyby nie mieli zapotrzebowania na autorytety: 56,5 procenta uznało, że za mały wpływ na politykę mają urzędnicy, a 47,1 procenta, że „ludzie, którzy umieją najwięcej". (Ale o ile sympatyczniejsze są te ciągoty do „ekspertokracji" niż do demagogii!) Najbardziej pracowici na świecie? Byli. Dyscyplina pracy nadal jest wysoka. Ale ilu nabywa cech obcinaczy kuponów? Właściciel kilku stacji benzynowych powiedział mi: — Tak, ciężko harowałem. Ale teraz mam wszędzie robotników cudzoziemskich. Raz na tydzień, w poniedziałki, objeżdżam stacje, robię rozliczenia i zbieram pieniądze. Właściciel składu farb i lakierów: — Proszę pana, nam wszystko przyszło za szybko i za łatwo. Jak w 1955 roku kupiłem małego opla, to popłakałem się z żoną ze wzruszenia. Teraz przywieźli mi zamówionego mercedesa, to kazałem odstawić do garażu, nawet nie spojrzałem. A praktykant, który ma uczyć się fachu, zażądał ode mnie kadeta, bo konkurent daje mu volks-wagena. Czy taki w ogóle będzie wiedział, co to praca? Kobiety? Nie mają już wielkich stóp i uszu. Są ładne i zgrabne. Po prostu nie mają rasy, w złym sensie tego słowa. Czy można mówić o rasie po nawale milionów Amerykanów, Anglików, Francuzów, Kanadyjczyków, dipisów ze wschodniej Europy? Czy można mówić o rasie przy obecności milionów cudzoziemskich robotników — Turków, Jugosłowian, Włochów? Jeśli fakty nie zgadzają się z teorią, tym gorzej dla faktów? Hołdowanie tej zasadzie też trwało długo, gdyż na niej opierała się doktryna rządów chadeckich. Ale grób temu sposobowi myślenia wykopali, może nawet mimowolnie, alianci. Gdy po wojnie Amerykanie, Anglicy, Francuzi licencjonowali prasę w zachodnich strefach okupacyjnych, przeszczepili na grunt zachodnioniemiecki własne — zarówno pod względem formy, jak i treści — modele środków infor-macji. Jakkolwiek były one politycznie i ideologicznie tendencyjne (wróg jest na Wschodzie!), stanowiły zupełne novum w stylu, faktografii, polemikach. To, w ostatecznym rachunku, spora część prasy, niektóre programy telewizyjne i radiowe pomogły społeczeństwu RFN zrozumieć, co oznaczają fakty nieodwracalne i jakie należy wyciągnąć z nich wnioski. Sztywny język? Też się zmienia, upraszcza. Rękawiczka jest wprawdzie nadal butem na rękę, ale wpływy anglosaskie są widoczne w słownictwie, zwartości, komunikatywności języka, a nawet szyku zdań. Duża w tym zasługa, subiektywna — prasy i obiektywna — wymogów nowoczesności. Czas to pieniądz; dotyczy to mówiących i słuchających. Zwracano mi nawet uwagę, że nasze teksty w czasopismach takich, jak np. „Polen", w naszych folderach itp. noszą jeszcze czasami piętno językowej starzyzny. W RFN już tak się nie mówi i nie pisze. Zły gust? Z tym bywa jeszcze różnie. Widziałem osiedla i pojedyncze domy lub wille budowane w straszliwym stylu Kolossal i wnętrza tak horrendalne, jak horrendalny może być gust wzbogaconego nagle mieszczucha. Ale to widywałem także w Ameryce, Francji, Belgii. I w tym widzę różnicę. Dawne gusty, o których pisał de Gaulle, kształtowały się w niemieckiej specyfice, odrębności, powiedziałbym — w nacjonalizmie. Dziś, gdy w RFN kosmopolityzm, „europejskość", jest wyznaniem wiary, a kontakt ze światem, turystyka — sposobem życia, odrzuciłbym uogólnienie o teutońs-kim złym guście. Bywa, ale nie jest regułą. I wreszcie — rzemieślnicy wojny? Wątpię. Przez wieki uczono ich, że są do walki najlepiej zorganizowani, najprze-myślniejsi, najbitniejsi, a przede wszystkim, że są najsilniejsi. Teraz wiedzą już na pewno, że wprawdzie są na świecie mocarstwa, ale oni do nich się nie zaliczają. To jedno. Po drugie — w czasach dobrobytu mało kto ma ochotę do wojaczki. I trzecie — najważniejsze: doprowadzono, a raczej doprowadziliśmy do ich świadomości, że jeżeli znowu zechcą odegrać rolę zapalnika w Europie, to niezależnie od tego, co będzie później, oni na pewno zostaną wymazani z mapy kontynentu. Oczywiście, te makroprzemiany dotyczą przede wszystkim średnich i młodych generacji. Starsze częstokroć hołdują jeszcze dawnym, militarystycznym, hieratycznym ideałom — lojalność, porządek, siła i posłuszeństwo. W początkach lat pięćdziesiątych, międzynarodowa ankieta, przeprowadzona też w RFN, wykazała, że Niemcy myślą o sobie jako o ludziach ciężko pracujących, inteligentnych, dzielnych, praktycznych i miłujących pokój — w takiej właśnie kolejności. W przeciwieństwie do Anglików, Holendrów i Norwegów, którzy przede wszystkim określili się jako narody miłujące pokój, i Francuzów oraz Włochów, którzy za najważniejszą swoją cechę uznali inteligencję. Ta właśnie tradycyjna kolejność, potwierdzona przez obywateli RFN, świadczyła o stereotypie myślowym, który pozwolił chadecji sprawować władzę przez dwa dziesięciolecia. Teraz młode generacje szukają dla Niemiec Zachodnich nowszej tożsamości.